6.10.10

Żyć pełnią życia

Prawdopodobnie każdy prędzej czy później zastanawia się nad swoim życiem i prawdopodobnie w życiu każdego z nas przychodzi taki moment, w którym stwierdzamy, że chcemy brać z życia więcej niż dotychczas. Mówiąc krótko, chcemy żyć pełnią życia. Chciałbym, żebyście się teraz zastanowili, co to dla Was oznacza "żyć pełnią życia". ... Stop! Jeśli pomyśleliście coś w stylu "mieć mnóstwo czasu, wyjeżdżać/leniuchować/ itp." to niestety jesteście skazani na niezaznanie pełni życia. Nawet jeśli udałoby Wam się zrealizować to, o czym pomyśleliście, to nie będzie to nic innego, jak spełnienie marzeń. Na pewno bylibyście wówczas niezwykle zadowoleni, ale potem trzeba wrócić do pracy. Tak więc zamiast "żyć pełnią życia", to Wy byście "żyli marzeniami". Niektórym to wystarcza, ale nie mnie. Chciałbym żyć właśnie pełnią życia. Dokładnie przeżywać każdą chwilę, być jej całkowicie świadomym i co najważniejsze cieszyć się nią. Nie oznacza to, że chcę robić tylko to, co lubię, bo wiem, że to niemożliwe. Zamiast tego próbuję lubić to, co robię. Nieważne co to jest i czy chciałem to robić. Mogę się z tego cieszyć, bo czerpanie radości z czegoś zależy tylko ode mnie. Zresztą "cieszenie się" daną sytuacją próbowałem rozbić na czynniki pierwsze i dokładniej zanalizować, a oto co otrzymałem.
Po pierwsze, według mnie prawie wszystko dzieje się w głowie. W związku z tym trzeba przyjąć zasadę, że wszystko co jest w głowie, możemy sami zmienić. Po drugie moim zdaniem stan, w którym coś nam się nie podoba, może mieć jedno z dwóch źródeł. Pierwsze to nasze uprzedzenia, wpływ wychowania, innymi słowy nasze "ja". Po prostu dana sytuacja, osoba nie pasują do naszego "ja" i dlatego nam się nie podoba. Wówczas należy ponownie spojrzeć na punkt pierwszy, zwłaszcza drugie zdanie. Otóż to. Nasze "ja", to tylko nasz mózg, a nasz mózg jest pod naszą kontrolą. Czy w związku z tym mamy porzucić nasze "ja" na rzecz cieszenia się każdą chwilą? Nie, jestem daleki od namawiania do tego rodzaju praktyki. Możemy jednak nasze "ja" rozszerzyć, zmodyfikować. Sprawić, że będzie bardziej pasować do tej chwili, przynajmniej przez jakiś czas.
Drugim źródłem jest świadomość, że w tym czasie moglibyśmy robić coś innego, co bardziej lubimy. A skąd się w ogóle bierze to, co lubimy? Moim zdaniem to nic innego jak wychowanie, przyzwyczajenia, wpływ otoczenia. Niestety dla nas, dużą rolę odgrywa tu podświadomość, a dotarcie do niej nie jest łatwe. Ale co zrobić, gdy nie mając wyboru znaleźliśmy się w sytuacji, której nie lubimy? Nic. Przynajmniej fizycznie. Natomiast psychicznie czeka nas ciężka przeprawa. Trzeba zrozumieć, że nie było innego wyjścia, pogodzić się z sytuacją i... Polubić ją. Przecież tak naprawdę to wszystko zależy od nas!
Można zatem próbować cieszyć się każdą chwilą, także tą która dotychczas była dla nas traumą. Niektórym osobom mogłoby się wydawać, że namawiam do bierności. Skoro można się ze wszystkiego cieszyć, to nie ma sensu walczyć o marzenia. Zdecydowanie tak nie jest. Wręcz przeciwnie powiem to otwarcie, że namawiam do korzystania z życia. W końcu chodzi o to, żeby żyć PEŁNIĄ życia, a nie zwykłym życiem. Doskonale przekonałem się na własnej skórze, że bierne egzystowanie jest wygodne, ale zdecydowanie nieopłacalne. To tak jak bycie neutralnym. Nic nie zyskamy i nic nie stracimy. Uważam, że jednak warto się postarać i spróbować coś zdobyć samemu, a nie czekać, aż może samo przyjdzie. Oczywiście nie zawsze osiągniemy sukces, ale nawet wówczas doskonale sobie z tym poradzimy, bogaci w poprzednie rozważania.
Więc jak żyć? Spróbuję to zobrazować. Wyobraźmy sobie, że płyniemy wpław rzeką. Brzeg po jednej stronie bardzo nam się podoba i chcielibyśmy wciąż przy nim płynąć. Drugi brzeg jest okropny i najchętniej byśmy w ogóle na niego nie patrzyli. Sama rzeka natomiast wciąż zmienia swój bieg, przepływa przez nią mnóstwo prądów, które znoszą nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Jak wspomniałem, chcielibyśmy cały czas być blisko jednego brzegu. W wodzie to niemożliwe, bo w końcu fala rzuci nas na drugą stronę rzeki. Musimy zatem polecieć. Działamy w wyobraźni, więc oczywiście potrafimy latać. Zatem machamy rękoma najszybciej jak potrafimy i... Udało się! Lecimy w stronę naszego brzegu. Lecimy, podziwiamy i męczymy się. Co jakiś czas uderzy nas gałąź, podmuch wiatru nami zachwieje. Prędzej lub później tracimy siły i spadamy. Wpadamy do rzeki, głęboko, może nawet blisko dna. A tam jest jeszcze trudniej niż na powierzchni. Masy wody przelewają się i porywają nas bez problemu. Próby przeciwstawienia się są bezowocne. Przepadliśmy.
Podobnie, jeśli będąc na powierzchni przestaniemy lekko poruszać rękoma, by się na niej utrzymać, w końcu przyjdzie fala, która nas zatopi i sprowadzi w głębiny. Stamtąd trzeba się najpierw wydostać na powierzchnię, bo tylko tu prądy są na tyle spokojne, że czasami możemy się im przeciwstawić. Wówczas po kilku ruchach znajdziemy się w pobliżu naszego upragnionego brzegu.
To jest mój sposób. Rzeka to życie, wydarzenia. Pierwszy brzeg to ten, który bardziej pasuje do naszego "ja", drugi przeciwnie. Wzniesienie się w powietrze, ponad wodę, to życie marzeniami. Tak najłatwiej być szczęśliwym, ale tylko do czasu. Mimo to nie można przestać machać rękoma, nie można być biernym. Trzeba utrzymywać się na powierzchni i starać się płynąć do naszego brzegu. Czasami życie rzuci nas w okropne miejsce, a my nie będziemy w stanie przeciwstawić się silnemu prądowi. Wtedy trzeba przeczekać, odwrócić jednak twarz w stronę nie naszego brzegu i spróbować dostrzec w nim coś pozytywnego. A może nawet jakiś kwiatek nam się spodoba i zapragniemy mieć go po swojej stronie.