Prawdopodobnie każdy prędzej czy później zastanawia się nad swoim życiem i prawdopodobnie w życiu każdego z nas przychodzi taki moment, w którym stwierdzamy, że chcemy brać z życia więcej niż dotychczas. Mówiąc krótko, chcemy żyć pełnią życia. Chciałbym, żebyście się teraz zastanowili, co to dla Was oznacza "żyć pełnią życia". ... Stop! Jeśli pomyśleliście coś w stylu "mieć mnóstwo czasu, wyjeżdżać/leniuchować/ itp." to niestety jesteście skazani na niezaznanie pełni życia. Nawet jeśli udałoby Wam się zrealizować to, o czym pomyśleliście, to nie będzie to nic innego, jak spełnienie marzeń. Na pewno bylibyście wówczas niezwykle zadowoleni, ale potem trzeba wrócić do pracy. Tak więc zamiast "żyć pełnią życia", to Wy byście "żyli marzeniami". Niektórym to wystarcza, ale nie mnie. Chciałbym żyć właśnie pełnią życia. Dokładnie przeżywać każdą chwilę, być jej całkowicie świadomym i co najważniejsze cieszyć się nią. Nie oznacza to, że chcę robić tylko to, co lubię, bo wiem, że to niemożliwe. Zamiast tego próbuję lubić to, co robię. Nieważne co to jest i czy chciałem to robić. Mogę się z tego cieszyć, bo czerpanie radości z czegoś zależy tylko ode mnie. Zresztą "cieszenie się" daną sytuacją próbowałem rozbić na czynniki pierwsze i dokładniej zanalizować, a oto co otrzymałem.
Po pierwsze, według mnie prawie wszystko dzieje się w głowie. W związku z tym trzeba przyjąć zasadę, że wszystko co jest w głowie, możemy sami zmienić. Po drugie moim zdaniem stan, w którym coś nam się nie podoba, może mieć jedno z dwóch źródeł. Pierwsze to nasze uprzedzenia, wpływ wychowania, innymi słowy nasze "ja". Po prostu dana sytuacja, osoba nie pasują do naszego "ja" i dlatego nam się nie podoba. Wówczas należy ponownie spojrzeć na punkt pierwszy, zwłaszcza drugie zdanie. Otóż to. Nasze "ja", to tylko nasz mózg, a nasz mózg jest pod naszą kontrolą. Czy w związku z tym mamy porzucić nasze "ja" na rzecz cieszenia się każdą chwilą? Nie, jestem daleki od namawiania do tego rodzaju praktyki. Możemy jednak nasze "ja" rozszerzyć, zmodyfikować. Sprawić, że będzie bardziej pasować do tej chwili, przynajmniej przez jakiś czas.
Drugim źródłem jest świadomość, że w tym czasie moglibyśmy robić coś innego, co bardziej lubimy. A skąd się w ogóle bierze to, co lubimy? Moim zdaniem to nic innego jak wychowanie, przyzwyczajenia, wpływ otoczenia. Niestety dla nas, dużą rolę odgrywa tu podświadomość, a dotarcie do niej nie jest łatwe. Ale co zrobić, gdy nie mając wyboru znaleźliśmy się w sytuacji, której nie lubimy? Nic. Przynajmniej fizycznie. Natomiast psychicznie czeka nas ciężka przeprawa. Trzeba zrozumieć, że nie było innego wyjścia, pogodzić się z sytuacją i... Polubić ją. Przecież tak naprawdę to wszystko zależy od nas!
Można zatem próbować cieszyć się każdą chwilą, także tą która dotychczas była dla nas traumą. Niektórym osobom mogłoby się wydawać, że namawiam do bierności. Skoro można się ze wszystkiego cieszyć, to nie ma sensu walczyć o marzenia. Zdecydowanie tak nie jest. Wręcz przeciwnie powiem to otwarcie, że namawiam do korzystania z życia. W końcu chodzi o to, żeby żyć PEŁNIĄ życia, a nie zwykłym życiem. Doskonale przekonałem się na własnej skórze, że bierne egzystowanie jest wygodne, ale zdecydowanie nieopłacalne. To tak jak bycie neutralnym. Nic nie zyskamy i nic nie stracimy. Uważam, że jednak warto się postarać i spróbować coś zdobyć samemu, a nie czekać, aż może samo przyjdzie. Oczywiście nie zawsze osiągniemy sukces, ale nawet wówczas doskonale sobie z tym poradzimy, bogaci w poprzednie rozważania.
Więc jak żyć? Spróbuję to zobrazować. Wyobraźmy sobie, że płyniemy wpław rzeką. Brzeg po jednej stronie bardzo nam się podoba i chcielibyśmy wciąż przy nim płynąć. Drugi brzeg jest okropny i najchętniej byśmy w ogóle na niego nie patrzyli. Sama rzeka natomiast wciąż zmienia swój bieg, przepływa przez nią mnóstwo prądów, które znoszą nas raz w jedną, raz w drugą stronę. Jak wspomniałem, chcielibyśmy cały czas być blisko jednego brzegu. W wodzie to niemożliwe, bo w końcu fala rzuci nas na drugą stronę rzeki. Musimy zatem polecieć. Działamy w wyobraźni, więc oczywiście potrafimy latać. Zatem machamy rękoma najszybciej jak potrafimy i... Udało się! Lecimy w stronę naszego brzegu. Lecimy, podziwiamy i męczymy się. Co jakiś czas uderzy nas gałąź, podmuch wiatru nami zachwieje. Prędzej lub później tracimy siły i spadamy. Wpadamy do rzeki, głęboko, może nawet blisko dna. A tam jest jeszcze trudniej niż na powierzchni. Masy wody przelewają się i porywają nas bez problemu. Próby przeciwstawienia się są bezowocne. Przepadliśmy.
Podobnie, jeśli będąc na powierzchni przestaniemy lekko poruszać rękoma, by się na niej utrzymać, w końcu przyjdzie fala, która nas zatopi i sprowadzi w głębiny. Stamtąd trzeba się najpierw wydostać na powierzchnię, bo tylko tu prądy są na tyle spokojne, że czasami możemy się im przeciwstawić. Wówczas po kilku ruchach znajdziemy się w pobliżu naszego upragnionego brzegu.
To jest mój sposób. Rzeka to życie, wydarzenia. Pierwszy brzeg to ten, który bardziej pasuje do naszego "ja", drugi przeciwnie. Wzniesienie się w powietrze, ponad wodę, to życie marzeniami. Tak najłatwiej być szczęśliwym, ale tylko do czasu. Mimo to nie można przestać machać rękoma, nie można być biernym. Trzeba utrzymywać się na powierzchni i starać się płynąć do naszego brzegu. Czasami życie rzuci nas w okropne miejsce, a my nie będziemy w stanie przeciwstawić się silnemu prądowi. Wtedy trzeba przeczekać, odwrócić jednak twarz w stronę nie naszego brzegu i spróbować dostrzec w nim coś pozytywnego. A może nawet jakiś kwiatek nam się spodoba i zapragniemy mieć go po swojej stronie.
6.10.10
18.1.07
Praca domowa na polski
„Szkoda, że nie ma śniegu, ale jest ciepło przynajmniej”, „Fajnie, że jest tak ciepło”, „Dobrze, że nie ma zimy, nie trzeba chodzić w tych grubych kurtkach”. To przykłady cytatów, jakie usłyszałem w przeciągu kilku ostatnich tygodni. Wszyscy Ci ludzie są albo nieświadomi tego, co dzieje się na ziemi, albo po prostu bardzo samolubni, „ludzcy” (w najgorszym tego słowa znaczeniu). Zapytacie o co mi chodzi? Kolejny cytat, usłyszany dwa lata temu (wtedy zima była), powinien Was trochę naprowadzić: „Efekt cieplarniany? Ja tam nie widzę, żeby było ciepło. To głupota jakaś”. Tak, mówię o efekcie cieplarnianym i nie, nie jest to głupota, ani wymysł naukowców. Bo skąd nagle tylu naukowców by mówiło o efekcie? Umówili się? Co by im to dało? Uprzedzając także inne pytania, nie jest to typowa zmiana klimatu, która następuje raz na jakiś czas. Badania pokazały, że nigdy, NIGDY na Ziemi nie było takich temperatur, ani takiego zanieczyszczenia powietrza.
Wracając do tych ludzi, z którymi trochę rozmawiałem na temat efektu cieplarnianego. Zazwyczaj nie łączyli braku zimy z tym zjawiskiem. Po krótkim monologu z mojej strony, w którym pokazywałem rozmiar problemu, stwierdzali zazwyczaj coś w stylu: „Zanim te zmiany (topnienie lodów, powodzie, podnoszenie się poziomu wody w morzach i oceanach) przyjdą, mnie już dawno nie będzie, bo umrę do tego czasu. To nie moja sprawa”. A CZYJA?! Tych, których domy zostaną zalane za 50-80 lat? Czy tych, którzy będą się chować w piwnicach przed huraganem? Pomijając fakt, że tymi osobami będą Wasze dzieci lub (pra)wnuki… Pomijając ten szczegół, za 50 lat będzie za późno, aby cokolwiek robić. Jeśli my dzisiaj nie zrobimy nic, ludzie za kilkadziesiąt lat nie będą mieli nawet szansy na ratowanie Ziemi. Przed czym? Najprościej mówiąc (chodź zapewne znajdą się tacy, dla których będzie to najbardziej zawiła odpowiedź): przed ludźmi, przed nimi samymi. Człowiek, i tylko człowiek, jest winny wszystkim zmianom, jakie zachodzą na Ziemi. Jakim konkretnie? Właściwie bezpośrednio efekt cieplarniany wpływa jedynie na wzrost średniej temperatury. To jednak sprawi/a, że:
- topnieją lody na biegunie północnym, lodowcach i ze szczytów wysokich gór;
- podnosi się poziom wody w morzach i oceanach;
- coraz częściej są zalewane małe wyspy, z czasem woda przeleje się przez niskie brzegi i zaleje depresje, a także nisko położone tereny (według pewnych danych, w najlepszym przypadku, za 60 lat 50 milionów ludzi będzie musiało się przesiedlić, gdyż ich domy zostaną całkowicie i na zawsze zalane przez morze. Ale przecież to nie będzie mój dom…);
- zwierzęta muszą się przemieszczać na północ lub południe (zależnie, na której półkuli żyją) w poszukiwaniu warunków, w których są zdolne żyć. I niby nic strasznego, gdyby nie fakt, że pingwiny, foki, morsy czy inne gatunki, które do tej pory żyły na biegunach, nie mają gdzie uciec, bo już są na samym biegunie. Inne znowu zwierzęta, które teoretycznie mogłyby uciec dalej od równika w poszukiwaniu sprzyjającej temperatury, w praktyce natrafiają na… Miasto! i okazuje się nagle, że nie mają gdzie się podziać. Może ktoś powie, żeby żyły w mieście? Nie rozśmieszajcie mnie…;
- powstają zaburzenia w prądach morskich, co często jest powodem powstawania huraganów takich jak Katrina;
- ma miejsce takie zjawisko jak to, które niedawno opisywano w gazetach, dotyczące Morza Bałtyckiego. Staje się cieplejsze, bardziej słodkie i mniej przyjazne dla zwierząt;
Wracając ponownie do początku. Czemu ludzie muszą być tak samolubni, „ludzcy”? Co właściwie oznacza to drugie pojęcie? Umyśliłem sobie, że będą się pod nim kryły wszystkie negatywne cechy ludzi. Tak więc wspomniane już samolubstwo, lenistwo, myślenie tylko o sobie i ewentualnie najbliższych, życie chwilą (w sensie: nie myślenie o przyszłości, w sensie: nie zastanawianie się nad tym, jak moje życie teraz wpłynie na przyszłość nie tylko moją, ale ogółu) i w końcu wywyższanie rasy ludzkiej ponad pozostałe. Ostatnie zdanie sprawiło, że szukacie szczęki? Śpieszę z wyjaśnieniami. Człowiek sądzi, że jest rasą najmądrzejszą, najinteligentniejszą i w ogóle. Podczas gdy to właśnie on morduje bez celu, niszczy nie tylko swój dom i powoli zabija siebie samego, poprzez własne czyny. Chcecie powiedzieć, że te działania są inteligentne i przemyślane? Oczywiście, a za oknem leży śnieg, prawda? Wiecie czemu jest rozgraniczenie ludzie-zwierzęta? Bo ludzie nie zasługują na to, by ich nazywać zwierzętami.
Gdyby się przypadkiem znaleźli pośród Was tacy, którzy chcieliby coś zrobić dla Ziemi, a nie wiedzieli co. Otóż możecie na przykład wyłącyć komputer i poczytać książkę. No dobra, wiem, że tego akurat nie możecie. Ale za to możecie obejść dom i pogasić wszystkie niepotrzebne światła, powyłączać telewizory przyciskiem na nich, nie pilotem (na utrzymanie urządzeń, które są w trybie gotowości w Anglii są potrzebne dwie elektrownie. Dwie elektrownie, które pracują.. Na lenistwo ludzi, a nie rzadko na nic. Bo lampka na telewizorze pali się w większości domów nawet, gdy nikogo w nich nie ma.. Przez kilka godzin...), radia. Ogólnie wszystko co zużywa prąd, a działa niepotrzebnie. Wystarczy przez tydzień tak gasić wszystko, a zobaczycie jak często gdzieś świeci się niepotrzebnie światło i wyrzucacie/Wasi rodzice wyrzucają pieniądze w błoto.
Brakuje mi jakiegoś zakończenia, podsumowania, ale nie wiem co pisać. Czemu praca domowa z polskiego? Bo musiałem napisać na polski refleksje z otaczającego świata. To napisałem.
Wracając do tych ludzi, z którymi trochę rozmawiałem na temat efektu cieplarnianego. Zazwyczaj nie łączyli braku zimy z tym zjawiskiem. Po krótkim monologu z mojej strony, w którym pokazywałem rozmiar problemu, stwierdzali zazwyczaj coś w stylu: „Zanim te zmiany (topnienie lodów, powodzie, podnoszenie się poziomu wody w morzach i oceanach) przyjdą, mnie już dawno nie będzie, bo umrę do tego czasu. To nie moja sprawa”. A CZYJA?! Tych, których domy zostaną zalane za 50-80 lat? Czy tych, którzy będą się chować w piwnicach przed huraganem? Pomijając fakt, że tymi osobami będą Wasze dzieci lub (pra)wnuki… Pomijając ten szczegół, za 50 lat będzie za późno, aby cokolwiek robić. Jeśli my dzisiaj nie zrobimy nic, ludzie za kilkadziesiąt lat nie będą mieli nawet szansy na ratowanie Ziemi. Przed czym? Najprościej mówiąc (chodź zapewne znajdą się tacy, dla których będzie to najbardziej zawiła odpowiedź): przed ludźmi, przed nimi samymi. Człowiek, i tylko człowiek, jest winny wszystkim zmianom, jakie zachodzą na Ziemi. Jakim konkretnie? Właściwie bezpośrednio efekt cieplarniany wpływa jedynie na wzrost średniej temperatury. To jednak sprawi/a, że:
- topnieją lody na biegunie północnym, lodowcach i ze szczytów wysokich gór;
- podnosi się poziom wody w morzach i oceanach;
- coraz częściej są zalewane małe wyspy, z czasem woda przeleje się przez niskie brzegi i zaleje depresje, a także nisko położone tereny (według pewnych danych, w najlepszym przypadku, za 60 lat 50 milionów ludzi będzie musiało się przesiedlić, gdyż ich domy zostaną całkowicie i na zawsze zalane przez morze. Ale przecież to nie będzie mój dom…);
- zwierzęta muszą się przemieszczać na północ lub południe (zależnie, na której półkuli żyją) w poszukiwaniu warunków, w których są zdolne żyć. I niby nic strasznego, gdyby nie fakt, że pingwiny, foki, morsy czy inne gatunki, które do tej pory żyły na biegunach, nie mają gdzie uciec, bo już są na samym biegunie. Inne znowu zwierzęta, które teoretycznie mogłyby uciec dalej od równika w poszukiwaniu sprzyjającej temperatury, w praktyce natrafiają na… Miasto! i okazuje się nagle, że nie mają gdzie się podziać. Może ktoś powie, żeby żyły w mieście? Nie rozśmieszajcie mnie…;
- powstają zaburzenia w prądach morskich, co często jest powodem powstawania huraganów takich jak Katrina;
- ma miejsce takie zjawisko jak to, które niedawno opisywano w gazetach, dotyczące Morza Bałtyckiego. Staje się cieplejsze, bardziej słodkie i mniej przyjazne dla zwierząt;
Wracając ponownie do początku. Czemu ludzie muszą być tak samolubni, „ludzcy”? Co właściwie oznacza to drugie pojęcie? Umyśliłem sobie, że będą się pod nim kryły wszystkie negatywne cechy ludzi. Tak więc wspomniane już samolubstwo, lenistwo, myślenie tylko o sobie i ewentualnie najbliższych, życie chwilą (w sensie: nie myślenie o przyszłości, w sensie: nie zastanawianie się nad tym, jak moje życie teraz wpłynie na przyszłość nie tylko moją, ale ogółu) i w końcu wywyższanie rasy ludzkiej ponad pozostałe. Ostatnie zdanie sprawiło, że szukacie szczęki? Śpieszę z wyjaśnieniami. Człowiek sądzi, że jest rasą najmądrzejszą, najinteligentniejszą i w ogóle. Podczas gdy to właśnie on morduje bez celu, niszczy nie tylko swój dom i powoli zabija siebie samego, poprzez własne czyny. Chcecie powiedzieć, że te działania są inteligentne i przemyślane? Oczywiście, a za oknem leży śnieg, prawda? Wiecie czemu jest rozgraniczenie ludzie-zwierzęta? Bo ludzie nie zasługują na to, by ich nazywać zwierzętami.
Gdyby się przypadkiem znaleźli pośród Was tacy, którzy chcieliby coś zrobić dla Ziemi, a nie wiedzieli co. Otóż możecie na przykład wyłącyć komputer i poczytać książkę. No dobra, wiem, że tego akurat nie możecie. Ale za to możecie obejść dom i pogasić wszystkie niepotrzebne światła, powyłączać telewizory przyciskiem na nich, nie pilotem (na utrzymanie urządzeń, które są w trybie gotowości w Anglii są potrzebne dwie elektrownie. Dwie elektrownie, które pracują.. Na lenistwo ludzi, a nie rzadko na nic. Bo lampka na telewizorze pali się w większości domów nawet, gdy nikogo w nich nie ma.. Przez kilka godzin...), radia. Ogólnie wszystko co zużywa prąd, a działa niepotrzebnie. Wystarczy przez tydzień tak gasić wszystko, a zobaczycie jak często gdzieś świeci się niepotrzebnie światło i wyrzucacie/Wasi rodzice wyrzucają pieniądze w błoto.
Brakuje mi jakiegoś zakończenia, podsumowania, ale nie wiem co pisać. Czemu praca domowa z polskiego? Bo musiałem napisać na polski refleksje z otaczającego świata. To napisałem.
14.6.06
"To już jest koniec, nie ma już nic" nowego
Stało się. Przepowiadali to prorocy, pisano o tym w księgach. Każde dziecko wie, że kiedyś to musiało nadejść. Więc czemu nie na ten przykład dzisiaj? Wszak mamy ładny, słoneczny, ciepły dzień, radosny z powodu zbliżających się wakacji. Wprost idealny dzień, by poinformować Was, moi drodzy czytelnicy, że odchodzę... [płacz publiczności] Nie, nie płaczcie. Jest mi ciężko i bez widoku płaczących oczu {odwraca wzrok od smutnych twarzy}. Ale odejść muszę. Pytacie czemu? Tego nie wiedzą nawet najstarsi indianie Najstarsi indianie: Tak, nie wiemy. Sami słyszycie. To zrządzenie bogów, że muszę odejść... {Poważna mina coraz bardziej zaczyna się rozweselać, a po chwili Egan wybucha śmiechem. Najstarsi indianie zresztą też} Hłehłehłe!!! Dobre to było, nie? Najstarsi indianie: No. No dobra. Żartowałem. Wiem, dlaczego muszę odejść. Zresztą z tym też żartowałem. Znaczy z tym, że muszę odejść. Przynajmniej częściowo. Blog zostaje [okrzyki radości], ja też [odgłosy zawodu]. Ale powiadomienia odchodzą. Koniec z opisami na komunikatorach, że pojawiła się nowa notka. Do mojego numeru gadu-gadu mają dostęp osoby, które nie mogą wiedzieć o istenieniu tej strony. Dlatego właśnie powiadomieniom muszę powiedzieć "Bywajcie", jeśli nie "Żegnajcie". Zastanawiałem się nad stworzeniem nowego konta, z nowym numerem, gdzie powiadomienia byłyby umieszczane. Ale za dużo zachodu :P No dobra, może je założę, ale nie dziś i nie jutro. Może w przyszłym roku znajdę chwilkę w swoim napiętym grafiku zajęć. W sumie... Nowy numer założę, jeśli znowu zacznę częściej tu pisać nowe rzeczy. Ostatni post jest z kwietnia, mamy połowę czerwca, trochę czasu minęło. Tak więć, jeśli zacznę więcej pisać, od razu biorę nowe konto gadu-gadu, nowy numer i powiadomienia powrócą. Od razu uprzedzam. Nowy numer byłby czysto informacyjny. Bedę się na nim pojawiał tylko w celu zmienienia opisu. To w sumie tyle, co chciałem powiedzieć. ....... ....... Hehe. Ale Wy jesteście naiwni. Trzeby napisać coś jeszcze, bo krótki ten post póki co. Zatem:
WAKACJE
{Okrzyki radości, radosne tańce, podskoki ze szczęścia} Już tylko cztery dni siedzenia w tych więzieniach i nareszcie wolne. W piątek tylko odebrać papierek, oberwać od rodziców w domu i święty spokój przez... do końca sierpnia. Całe dnie leniuchowania i nic nie robienia (to chyba to samo...). A jakie plany na wakacje? Najpierw rejs do Norwegii. Przez dwa tygodnie większość czasu na wodzie, wśród szumu fal. Zwiedzę kolejne państwo i zobaczę fiordy! Później nie wiem dokładnie co, ale chyba Chorwacja. Znowu... :P A po Chorwacji siedzę w domu i cieszę się resztką wakacji... Tfu, trzeba wypluć te słowa. I cieszę się wakacjami. No. Tak lepiej. A co po wakacjach nie mam zamiaru nawet myśleć. Przez najbliższe... Do końca sierpnia.
A WOGÓLE TO JAK?
A nieźle, dzięki. Jakoś żyję, oddycham bez problemów, serce tłucze prawidłowo. Trochę tylko ostatnio się porobiło. Mam infekcje górnych dróg oddechowych. Ale to nic poważnego. Ale dwa dni szkoły mniej w życiorysie :D I takim miłym akcentem zakończę tę notatkę. Do obaczyska kiedyś.
15.4.06
Umarłem...
+++++............++++.............+...........+........+
+.................+.........+..........++..........++......+
+.................+....................+..+.........+..+....+
+++.............+.....+++.......+++++.......+....+..+
+.................+.......+........+........+......+......++
+++++............+++.........+..........+.....+........+
{Nie uświadczycie mnie do końca świąt. Wskrzeszanie się długo rzuca...}
Jak to mówią: Kobieta zmienna jest. A że mamy równouprawnienie to ja też mogę być zmienny. Szkoda tracić wolny czas, kiedy nie ma szkoły. Zachciało mi się umierać, jak się zaczyna prawdziwe życie. Idiota... Żyję! Wiem, że się nie cieszycie. To dobrze. Bo to znaczy, że się cieszycie. A ktos napisał, że trup... Czekaj! To Ty jasnowidz jesteś ten ktoś. Pomyśl nad tym..
+.................+.........+..........++..........++......+
+.................+....................+..+.........+..+....+
+++.............+.....+++.......+++++.......+....+..+
+.................+.......+........+........+......+......++
+++++............+++.........+..........+.....+........+
{Nie uświadczycie mnie do końca świąt. Wskrzeszanie się długo rzuca...}
Jak to mówią: Kobieta zmienna jest. A że mamy równouprawnienie to ja też mogę być zmienny. Szkoda tracić wolny czas, kiedy nie ma szkoły. Zachciało mi się umierać, jak się zaczyna prawdziwe życie. Idiota... Żyję! Wiem, że się nie cieszycie. To dobrze. Bo to znaczy, że się cieszycie. A ktos napisał, że trup... Czekaj! To Ty jasnowidz jesteś ten ktoś. Pomyśl nad tym..
13.4.06
Jej! Zapomniałem o tytule! Ale już jest: Że co? Że nie żyje? Ja Wam pokaże..
Anonymous said...Trup!
Ja sobie wypraszam! Nie bądźmy tak pochopni w ocenianiu, czy coś jeszcze żyje. Trzeba sprawdzić wcześniej puls, oddech.. I co z tego, że nie pisałem nic od początku marca? Moja wina, że życie jest takie szare, ponure, monotonne? A może skoro nie mogę pisać o tym co się wydarzyło (bo nie wydarzyło się nic), zacznę pisać o tym, co się nie wydarzyło? No to zaczynamy:
- Nie wygrałem miliona dolarów
- Nie poleciałem na Księżyc
- Nie płynąłem statkiem podwodnym
- Nie...
Może lepiej sobie darować? To będzie jeszcze gorsze od tego, co było na tym blogu do tej pory. Ano... Powiedzmy to wprost. Strona schodzi na psy (nie obrażając psów). Chyba po prostu przeszła mi fascynacja posiadania bloga. Albo naprawdę dzieje się mniej ciekawych rzeczy. Nie wyjeżdżam do Egiptu, rodzice nie zabijają kretów...
A może mam napisać coś o Papieżu? Nie napiszę nic, bo... bo tak. Wystarczająco dużo było o nim wszędzie dookoła.
Zmiana banana.
Zbliżają się Święta. Trzeba robić porządki, myć okna, odkurzyć... Ale nie dajcie się. Przecież Wy macie wyższe cele, ważniejsze! Musicie przecież zdobyć kolejny poziom swoją postacią :)
Życzę radosnego i spokojnego życia (nie tylko Świąt).
Pozdrawiam,
zawsze Wasz,
całuje,
bywajcie,
Egan Wolf
Subskrybuj:
Posty (Atom)


